Alergia pokarmowa

Z alergią w podróży. „Nauczyła mnie, jak ważne jest życie”

Lila jest Polką z hiszpańskim adresem, która jak w domu czuje się też w dżunglach Sri Lanki czy na gwarnych ulicach Wietnamu. Zawodowo organizuje wyprawy. Zanim jednak zabierze kogoś na kraniec świata, sama sprawdza go „od kuchni” – dosłownie i w przenośni. Odkrywa, testuje i przeciera szlaki. A w plecaku, oprócz paszportu, wozi przedmiot, który w ułamku sekundy może stać się najważniejszą rzeczą na świecie: autowstrzykiwacz adrenaliny. Zawsze musi dokładnie wiedzieć, co ląduje na jej talerzu. Czujności nauczyła się po dwóch wstrząsach, przy których każda podróżnicza przygoda jest tylko drobnym incydentem.

12 min

W skrócie

  • U Lili po nagłym wstrząsie anafilaktycznym zdiagnozowano kilkanaście alergii (m.in. na orzechy, paprykę i ryby).
  • Drugi wstrząs po przypadkowym zjedzeniu śladowych ilości orzechów nauczył ją szybkiego reagowania i skłonił do stworzenia stałego „piórnika ratowniczego” z adrenaliną.
  • Alergia nie przekreśliła jej marzeń o podróżach. Mimo ekstremalnych ograniczeń dietetycznych Azja stała się jej drugim domem.
  • Zamiast ryzykować stawia na proste, bezpieczne posiłki. Udowadnia, że z silną alergią też można odkrywać świat.
– Zastanawiam się, co się dzieje w Twojej głowie, gdy siadasz do posiłku w obcym kraju. Wyobrażam sobie tę mieszankę emocji. Jesteś jak saper, który z chłodną głową musi rozbroić minę. To zupełne przeciwieństwo beztroskiej eksploracji smaków, o której marzy każdy podróżnik.

– Zgadza się, dla mnie smakowanie kuchni świata rozpoczyna się od szczegółowej analizy miejsca, w którym chcę zjeść oraz dokładnego zapoznania się z listą składników każdego dania. Często zachwyt szybko gaśnie po przeczytaniu dostępnych dań, których przy podróżach po Azji jest po prostu niewiele lub są na podobnej bazie. Początki były bardzo trudne, miałam silne poczucie niesprawiedliwości, bo – jako miłośniczka kuchni świata – dostałam bardzo duże ograniczenia, tak naprawdę zdecydowanie za szybko. Z czasem przestałam doszukiwać się w tym problemu i nauczyłam się, że nawet to samo danie w różnych miejscach można odkryć na nowo. Myślę, że to kwestia akceptacji i wyrozumiałości dla samego siebie, w końcu ciało daje sygnał, że coś nam szkodzi, więc zamiast dorzucać sobie ciężar, lepiej go zdjąć i szukać ułatwień 🙂

– Od jak dawna alergia jest nieodłączną towarzyszką Twoich podróży? I jak dużo czasu zajęło wykrycie tego problemu?

– Pierwsze sygnały alergii pojawiły się ok. 8 lat temu. Zaczęło się od gorszego samopoczucia, zawrotów głowy i nudności po zjedzeniu konkretnych produktów. Z czasem doszła do tego pokrzywka na rękach oraz twarzy. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, co się dzieje i przyznam, że nie wchodziłam w szczegóły. Aż do pierwszego wstrząsu, na początku 2020 roku, przed covidem, kiedy – wracając samochodem w środku nocy do mieszkania – zaczęłam czuć standardowe objawy, jednak tym razem z puchnącym językiem i problemami z oddychaniem. Nie wiedziałam, co robić. Szpital był za daleko, więc podjechałam do apteki 24 h, gdzie po prośbie o pomoc straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, karetka była już w drodze. Zabrali mnie do szpitala, opuchniętą jak balon, na badania i oddział. Mój stan zdrowotny został ustabilizowany i po paru dniach badań otrzymałam wyniki – kilkanaście alergii wziewnych, pokarmowych oraz skłonność do krzyżowych. Dodatkowo lekarz powiedział, że zawsze muszę mieć przy sobie sterydy, adrenalinę i wziew. Tego dnia mój świat wywrócił się do góry nogami. Można powiedzieć, że problem narastał przez około półtora roku, aż do w pewnym sensie „szczęśliwego” finału w szpitalu.

– To był pierwszy wstrząs, a drugi?

– Z drugim wstrząsem historia była dość dziwna, bo nie pamiętam, co dokładnie się wtedy stało – mam czarną dziurę. Byłam sama i chyba wzięłam sterydy. Miałam wtedy w pogotowiu adrenalinę, ale ostatecznie jej nie użyłam. To na pewno wystąpiło po orzechach, a właściwie nawet nie samych orzechach, a popcornie, który miał na etykiecie: „może zawierać orzechy”. Po prostu musiałam to przeoczyć, choć takie rzeczy zawsze dokładnie sprawdzam.

– Twoje doświadczenia są naprawdę ekstremalne. Trudno się do nich wraca?

– Ogólnie, to mam dosyć sporą wewnętrzną blokadę, muszę naprawdę się postarać, żeby przypomnieć sobie tamte wydarzenia. Wiesz, będę szczera… Jest to dla mnie na pewno trauma, budząca strach i duży dystans. Nauczyła mnie, jak ważne jest życie. Z czasem poznałam doskonale swoje ciało, nauczyłam się obserwować każdą mikrozmianę, proces, kiedy czuję, że alergia się nasila. Wiem już, w którym momencie i jak mam zareagować. Ale początek był trudny. Zaraz po wyjściu ze szpitala, po zakupie pierwszej adrenaliny, bałam się, że będę musiała jej kiedyś użyć. Zorganizowałam sobie „piórnik ratowniczy” – mały, podłużny piórnik na długopisy zmienił się w idealny pokrowiec na adrenalinę, sterydy, leki antyhistaminowe i krótką instrukcję „krok po kroku” – gdybym z jakiegoś powodu nie mogła sama sobie pomóc – dla osoby pomagającej. Pamiętam, że na końcu napisałam: „oddychaj i pamiętaj – ja się boję bardziej niż Ty :)”. Jakoś dodało mi to wtedy otuchy, a w sytuacji kryzysowej miało sprowadzić do pionu. Takie rozwiązanie jest idealne na podróże – przygotowanie tego w różnych językach może być bardzo pomocne i nawet uratować życie.

– A więc masz teraz prawdziwy arsenał zabezpieczeń. W jaki sposób Twój instynkt samozachowawczy ewoluował po tym, co przeszłaś? Czy wiedza o własnej alergii, którą masz na tym etapie, daje Ci poczucie bezpieczeństwa?

– Dla mnie wylądowanie w szpitalu było punktem resetu. Resetu mojego podejścia do zdrowia, dbania o siebie i swoje bezpieczeństwo, szczególnie podczas podróży. Jednak to zmienia totalnie rzeczywistość i codzienność. No bo odmów teraz nagle babci papryki ze słoika bez konsekwencji… do odważnych świat należy 🙂 A tak totalnie serio – nieraz zdarzyło mi się, że po jedzeniu dostałam reakcji alergicznej, ale to właśnie mój „piórnik ratowniczy” pozwala mi żyć normalnie, na tyle, na ile to możliwe. Poznałam doskonale każdy etap rosnących skutków zażycia alergenu. Wiem, co dzieje się krok po kroku, dzięki czemu mogę natychmiast zareagować odpowiednim narzędziem, a to zapewnia mi duży komfort psychiczny podczas podróżowania. Moim zdaniem to jest klucz: znać własny organizm i nie czekać na rozwój sytuacji, a reagować możliwie jak najwcześniej – w końcu walczymy o własne życie.

– Przestrzeganie diety przy tym trybie życia, który prowadzisz, to dla Ciebie na pewno ogromne wyzwanie logistyczne. Powiedz, jak wygląda Twoja „mapa min” w jadłospisie? Na pewno są takie produkty, których absolutnie nie możesz tknąć?

– Ciekawe określenie, „mapa min”, bo moje jedzenie poza domem właśnie na tym się opiera – skupiam się na składnikach, których nie mogę zjeść. Najmocniejsi zawodnicy to zdecydowanie orzechy, pomarańcze, ryby i papryka. Do tego w arsenale znajdują się także owoce morza, truskawki, kaczka oraz kurczak, przez co często karta dań kurczy się ekspresowo. Mimo wszystko często restauracje starają się zrobić „coś z niczego”, bo tyle mi zostaje do wyboru, więc staram się nie skupiać na wielkiej ilości „nie”, a na konkretnych „tak”. Tu jednak wielki ukłon dla moich bliskich, którzy również musieli zmienić swoje przepisy lub nauczyć się nowych, żebym mogła dzielić z nimi posiłki i żeby nie był to przysłowiowy „chleb z masłem” 🙂 Dla mnie to chyba największy ból życia z alergiami – poczucie wykluczenia, odmawianie sobie, ciągłe i dokładne przeszukiwanie menu. Zdecydowanie można nazwać to „byciem wyjątkowym”, choć finalnie koszt jest naprawdę wysoki.

– W egzotycznej kuchni, przy barierze językowej, jedzenie staje się aktem wielkiego zaufania. Jak w takich warunkach oceniasz ryzyko i tłumaczysz, co jest dla Ciebie zagrożeniem? Czy przypominasz sobie momenty, w których komunikacja zawiodła?

– Oczywiście jest to wyzwanie, ryzyko również jest dość duże, jednak uważam, że rozmowa, połączona z obrazkami, zwłaszcza kiedy ma się do dyspozycji tłumacza – to w dzisiejszych czasach nie taki problem. Nieraz spotkałam się oczywiście z niezrozumieniem i po zamówieniu czegoś musiałam zrezygnować, bo nagle się okazało, że danie zostało udekorowane orzechami, które nie były podane w menu. W Sri Lance, która jest moim drugim domem, wszędzie dodają paprykę chilli – to baza nadająca smak potrawom. Jednak udało mi się znaleźć miejsca z daniami, w których można ją ominąć. W Willi w Sri Lance, która jest moim drugim domem, i którą teraz wynajmujemy gościom, pracuje nasza Gosposia, która lokalne dania przygotowywała dla mnie w osobnych naczyniach. To otworzyło nas na potrzeby innych gości z alergiami. Ryzyko jest zawsze, ale tu wystarczą spokój, głębsza analiza miejsca, w którym chcemy zjeść i otwartość na rozmowę o swoich alergiach. W Azji nie ma też takiego rygoru jak w Europie. Tak naprawdę nigdy nie odmówiono mi podania potrawy, w przeciwieństwie krajów europejskich. Zazwyczaj udaje się nam znaleźć wspólne rozwiązanie, ale kiedyś zdarzyło się, że zaproponowali mi po prostu pokrojone owoce czy miskę ryżu. Towarzyszyły temu rozmowa i zrozumienie. Doceniam, że ktoś chciał dać cokolwiek, bylebym nie czuła głodu.

– A co z barierą językową?

– Mieszanka bariery językowej ze stresem oraz zdawaniem sobie sprawy z powagi sytuacji daje naturalny strzał adrenaliny… 🙂 Podróżując, nauczyłam się , że jeśli obie strony chcą się dogadać i zrozumieć, to tak będzie. Staram się używać jak najprostszego języka, pokazywać „na migi”, czasami używać translatora i naprawdę można się dogadać z prawie każdym. W momencie, kiedy już albo ja, albo przeciwna strona nie ma sił na kontynuowanie, po prostu zmieniam miejsce i idę dalej. Zachowanie spokoju i ogrom cierpliwości to mój przepis na sukces.

– Który z krajów, w których byłaś, okazał się najtrudniejszy do „oswojenia” pod względem bezpieczeństwa?

– Zdecydowanie była to Sri Lanka. Przy mojej alergii na paprykę, ryby i owoce morza miałam wrażenie, że będę tam jeść tylko ryż i owoce. Jak bardzo się myliłam. Okazało się, że bogactwo smaków i różnorodność dań można bardzo łatwo wykorzystać. W dzisiejszym świecie nie ma większego problemu, by w bardziej czy mniej popularnych destynacjach znaleźć coś dla siebie. Poza tym naprawdę wolę jeść to samo przez tydzień, jeśli tylko to zapewni mi bezpieczeństwo, i doświadczyć widoków, lokalnych społeczności, atrakcji, przygód, niż w ogóle nie ruszyć się z domu. Czasem bywały dni, kiedy moja dieta tak wyglądała, bo trafiłam w miejsce oddalone od cywilizacji, a czasem nawet w takich lokalizacjach udawało się bez trudu znaleźć europejską pizzę czy burgera. Uważam, że wszystko zależy od naszego postrzegania świata. Czy z alergiami widzimy ograniczenia, czy możliwości. Moja sytuacja zawsze stwarza okazje do poszukiwań, nawiązania nowych znajomości przez rozmowę o alergiach i po prostu o byciu w danym miejscu. A nic nie smakuje tak jak proste danie czy zwykły banan z widokiem na ocean 8000 km od domu.

– Czy potrafiłabyś dziś zrezygnować z podróżowania w imię spokoju, czy jesteś osobą, która po prostu nie umie – i nie chce – żyć inaczej?

– Zdecydowanie nie! Każdy z nas ma jakieś ograniczenia, ale czy to powinno nas powstrzymywać przed zwiedzaniem świata, poznawaniem innych kultur, odkrywaniem nowych zakątków, podziwianiem zachodów słońca i tworzeniem najpiękniejszych wspomnień? Absolutnie. Oczywiście, że nigdy nie spróbuję pełnych smaków danego kraju, często muszę grzecznie odmawiać i mierzyć się z niezrozumieniem, a nawet smutkiem malowanym na twarzach lokalnych mieszkańców. Nie zmienia to faktu, że zawsze znajdzie się coś, co mogę zjeść. Nawet jeśli ma to być mango na plaży czy ryż z sosem pomidorowym, to samo doświadczenie i możliwość bycia w nowym miejscu sprawiają, że jedyne, co mam w głowie to: było warto. Od lat razem z moim wspólnikiem i przyjacielem organizujemy wycieczki po krajach azjatyckich. Często przyjeżdżają do nas goście z celiakią, nietolerancją laktozy czy alergiami pokarmowymi. Zgłaszają i proszą o pomoc w znalezieniu miejsc, gdzie bezpiecznie będą mogli zjeść (organizacja tego również jest naszą pracą), a nie rezygnują totalnie z podróży. I to nas łączy – chęć życia ponad narzucone przez organizm ograniczenia.

– Co powiedziałabyś komuś, kto jest w takiej sytuacji zdrowotnej jak Ty i marzy o wielkim świecie, ale boi się wyjść poza własne podwórko?

– Powiedziałabym: Wiem, jak to jest. Wiem, co czujesz. Ten strach i ograniczenia. Ale niech Cię to nie zatrzyma. Małymi kroczkami wychodź coraz dalej i dalej. Powoli odkrywaj, doświadczaj, ale bądź uważna/y. Każdy organizm jest inny, nie sugeruj się nikim innym oprócz siebie. Bo świat kocha nowych odkrywców i życie jest po to, żeby doświadczać, smakować. Doświadczenie nawet 10% potencjału danego kraju w 100% jest bardziej wartościowe, ale niż 100% kraju w 10% 🙂 Rób wszystko w swoim tempie i w zgodzie ze sobą, a świat Ci to wynagrodzi pięknymi wspomnieniami, bo alergia to nie wyrok, to tylko inna perspektywa tych samych doświadczeń.

 

Dziękuję za rozmowę
Aleksandra Lipiec